„Drugie życie pana Roosa” – Hakan Nesser

drugie_zycie_pana_rossa„Drugie życie pana Roosa” to zdecydowanie nie był kryminał, ale autor powrócił w książce do powieści obyczajowo – psychologicznej. Podobnie więc, jak w części pierwszej o inspektorze Gunnarze Barbarottim, typowego śledztwa policyjnego jest jak na lekarstwo, natomiast wątek obyczajowy został rozbudowany i „życiowo skomplikowany” dość pokaźnie.

Połowę książki zajmuje opis życia tytułowego pana Roosa, który będąc już po sześćdziesiątce dostrzega bezsensowność swojej egzystencji. Żonaty po raz drugi, każdego dnia zmaga się z codziennością, której ma serdecznie dość. Gdy udaje mu się wygrać znaczną sumę pieniędzy postanawia zmienić swe życie … Wtedy też na jego drodze pojawia się Anna, młodziutka narkomanka, uciekinierka z zakładu dla uzależnionych. Tych dwoje bohaterów zaprzyjaźnia się i wspólnie próbuje odnaleźć sens, ukrywając się w małym domku, znajdującym się w środku lasu. Wtedy też zdarza się wypadek, a do akcji wkracza powolutku Gunnar Barbarotti – szczęśliwy w tej części małżonek, odnajdujący się w nowej, wielodzietnej rodzinie, którą właśnie „powołał do życia” …;)

I tak przeplatają się do końca powieści zagadkowe losy pana Roosa i podążającego za nim inspektora Barbarottiego, aby ostatecznie … nie wyjawiać wszystkiego.

Bardzo lubię powieści Hakana Nessera i mam do pisarza wiele sentymentu. Gdyby nie to, pewnie rzuciłabym jego książki w kąt. Być może przeczytałam część pierwszą „Człowiek bez psa” w dobrym momencie i polubiłam i styl autora, i filozofującego głównego bohatera. Dlatego będę czytała dalej, tak by ukończyć całą serię o Barbarottim. Wiem, że biorąc jego powieści do ręki nie znajdę tam mrocznego kryminału czy mocnego thrillera. Znajdę za to pewną wciągającą tajemnicę w zgrabnie skonstruowanej, zagadkowej historii.

Moja ocena 4/6

„Zbrodniarz” – Karin Slaughter

Zbrodniarz_Karin-Slaughter,images_big,1,978-83-7881-833-5„Zbrodniarz” – kolejny thriller Karin Slaughter ze wspaniałą obsadą – powraca Will Trent i Amanda Wagner oraz inni bohaterowie znani z poprzednich powieści. Autorka przenosi czytelnika do roku 1974, gdzie młode policjantki – Amanda Wagner i Evelyn Mitchell prowadzą – a dosłownie, wcinają się w prowadzenie sprawy zabójstwa i zniknięcia kilku prostytutek. Docierają do prawdy i odkrywają potwora. Potwora, który „powraca do świata żywych” po wielu latach, gdy Amanda jest już szefem policji w zepsutej do szpiku kości Atlancie…

Na plan pierwszy wysuwa się śledztwo z 1974 roku, bo jakby prowadzi do jego zakończenia właśnie 30 lat później. Autorka połączyła wszystko po mistrzowsku, dopisując życiorysy bohaterów i uzupełniając wiedzę na ich temat – jak to wszystko się zaczęło. Młode policjantki, bystre, rozpoczynające pracę, nie miały łatwego życia będąc właściwie ciągle obrzucane błotem przez starszych i bardziej doświadczonych. Nie poddawały się jednak i drążyły temat dochodząc do niesamowitych rozwiązań i wtedy, i współcześnie.

Atlanta, jak to u Slaughter – mocno przestępcza i zdemoralizowana. Bohaterowie targani wątpliwościami i popełniający masę błędów, naginający, co się tylko da. W tle narkotyki, brud, gwałty, chaos … ale i chęć ułożenia sobie życia oraz zwykłe ludzkie marzenia.

Powieści Karin Slaughter to thrillery z wnikaniem w ludzką psychikę – mroczną, ale też zniszczoną, zepsutą, smutną. Warto czytać o Williamie Trencie po kolei, by zrozumieć, kogo chce autorka przedstawić, kim jest i jak doszedł do tego momentu, w którym przedstawia go w „Zbrodniarzu”.

Karin Slaughter jest jedną z moich ulubionych pisarek thrillerów – tworzy je naprawdę „mocną ręką”. Chętnie bym ją uścisnęła – gratulacje.

Moja ocena powieści 5+/6

PS Powieść czytałam na Kindlu – mam urlop, jak wspominałam, więc siedzę po nocach, bo wtedy w domu najciszej i szperam po księgarniach ebooków – co jest dla mnie niesamowite, kupuję i zaraz mam… Coś cudownego. Tak kupiłam „Zbrodniarza” i od razu zaczęłam czytać – poszłam spać mocno późno… 😉
Dzisiaj w nocy 😉 kupiłam „Grób w górach” Hjortha i Rosenfeldta, kolejna część o Sebastianie Bergmanie… Te nocne zakupy weszły mi w krew, ale sprawiają ogromną radość. Oby urlop trwał wiecznie – i obym nie zbankrutowała…

Pozdrawiam serdecznie.

Motyle

Mam troszkę urlopu, dlatego poświęcam więcej czasu na czytanie i dzierganie…. Powolutku kończę widoczne poniżej Motyle…

DSC01635_800x600 DSC01637_800x600 DSC01648_800x600

Urlop spędzam w domu, ale cieszę się z każdej wolnej chwili, pozdrawiam gorąco.

„Raki pustelniki” – Anne B. Ragde

raki_pustelniki„Raki pustelniki” to dalszy ciąg historii rodziny, której dość skomplikowane losy poznałam dzięki poprzedniej części „Ziemia kłamstw”.
Tutaj już kłamstw nie ma – wszystko zostało wyjaśnione. Teraz trzeba wszystko „połatać”, nadać sens trwania i połączyć pozrywane więzi rodzinne. Powoli autorce udaje się tego dokonać.

Najstarszy z braci, Tor nadal zajmuje się gospodarstwem, Margido powoli zmienia swój stosunek do wielu spraw i zaczyna myśleć o rozwoju zakładu pogrzebowego, którego jest właścicielem, a najmłodszy, Erlend, wraz ze swym partnerem Krumme, podejmują nowe, ważne dla nich decyzje.

Torrun wróciła do Oslo, ale po przeżyciu zawodu miłosnego zaszywa się w gospodarstwie ojca i pomaga w jego prowadzeniu wraz ze zmiennikiem, który zostaje zatrudniony po wypadku Tora.

Bohaterowie żyją swoim życiem, ale myśli każdego z nich krążą wokół małego norweskiego miasteczka, w którym znajduje się ich dom rodzinny.

Bardzo podobała mi się ta część, siła więzi sama prowadzi bohaterów takimi drogami, by w końcu gdzieś udało im się spotkać. Cudowna powieść.

Teraz przede mną już tylko zakończenie…

Moja ocena 6/6

„Pępowina” – Majgull Axelsson

pepowina-b-iext21270438Z Majgull Axelsson  łączy mnie jakaś szczególna więź. Mam wrażenie, że znam wszystkich bohaterów jej powieści, że ja sama jestem jedną z nich.
Ta szwedzka autorka pisze książki, które „bolą” – dotykają mocno uczuć, poddania się codzienności, bezsilności. Bohaterowie żyją z dnia na dzień, funkcjonują – bo trzeba. Autorka pokazuje, jak łatwo zniszczyć sens życia drugiej osobie, jak łatwo zniszczyć go samemu sobie. Niestety dość często daje też do zrozumienia, że człowiek tkwi w tym wszystkim, co go otacza, bez większego celu i poczucia szczęścia.

W powieści „Pępowina” stykamy się z wieloma bohaterami, ale szczególnie poznajemy losy Minny, Marguerite, Ritvy i Anette. Są to obce sobie kobiety, które spędzają wspólnie pewien deszczowy dzień. Zostają „uwięzione” w restauracji Minny podczas sztormu. Ich życie pełne jest rozczarowań i złości, a los w pewien sposób łączy te bohaterki i wodzi po swych pokrętnych drogach.

Na przemian śledzimy wspomnienia bohaterów, pełne bólu, ale i szczęśliwych chwil, które jakby po czasie okazują się złudzeniem i czymś bardzo nietrwałym. Wszystkie historie skupione są wokół relacji rodziców i ich dzieci, relacji pełnych miłości, ale i niezrozumienia oraz kłamstw. Poznajemy córkę Minny – niezwykle zdolną, piękną i uwielbianą przez matkę dziewczynkę, która pewnego dnia zmienia swoje życie i życie matki w koszmar przez pewne kłamstwo; poznajemy syna Marguerite, Antona, którego matka zdejmuje z samobójczego sznura, gdy próbuje odebrać sobie życie. Poznajemy i inne dzieci, z którymi rodzice tracą więź, a łącząca ich pępowina zostaje odcięta dość mocno i wyraźnie. Właściwie nie odcięta a zerwana i pozostawiająca strzępy.
Ciężko mi się pisze o tej książce, brakuje mi słów, które mogłyby oddać bijący z niej smutek i beznadziejność. Najdziwniejsze jest to, że pomimo tej dołującej rzeczywistości Marguerite mówi do Minny, odwiedzając ją w szpitalu:

„Może nie jesteśmy wspaniałe, ty czy ja. Żadna z nas nie dorasta do owej bajecznej wspaniałości, którą udajemy, ale to nie ma znaczenia, bo nikt przecież nie dorasta. Żaden człowiek. Jedynymi normalnymi ludźmi na świecie są ci, których nie znamy. Ale w naszym cierpieniu miałyśmy jednak wielkie szczęście. Możemy żyć na tym świecie. (…) Dano nam urodzić dzieci i trzymać je blisko siebie. Kochałyśmy je… Na przekór wszystkim swoim niepowodzeniom.”

To prawda – nie ma tutaj żadnego narzekania, jakiegoś użalania się nad losem. Nie. Bohaterki żyją „udając”. Pracują, rozmawiają, spędzają dni. I wspominają te szczęśliwe chwile, które już minęły, ale miały je kiedyś. Tkwią w pozornym szczęściu „wymiatając głowę do czysta”, by zapomnieć wszystko to, co sprawiło im ból. Niestety to gdzieś tam tkwi…  Axelsson nie owija w bawełnę – trzeba ponieść konsekwencje czynów i słów oraz mocno stanąć na nogi. Nie każdemu w tej powieści uda się to zrobić.

Ponadto autorka idealnie oddaje miłość matki do dziecka – miłość, która jest siłą scalającą, ale czasami również niszczącą. Jest to uczucie, którego nie można z niczym innym porównać. Doprowadzające do dumy, ale i rozpaczy, strachu o każdy krok własnego dziecka, drżenia na myśl, że mogłoby się je stracić lub poczucia ogromnej pustki, gdy to się stanie.

Czy autorka daje jakieś światełko w tunelu? Tak, zawsze. Na pewno nie jest to pochodnia, a raczej mały płomyczek, ale zwykła ludzka życzliwość, wyciągnięcie ręki czy wysłuchanie i zrozumienie drugiej osoby pozwala uwierzyć, że mamy jakiś swój świat i życie do przeżycia. Mimo wszystko.
Moja ocena 6/6