Archiwum kategorii: Książki

“Głos” – Arnaldur Indridason

Jeśli w „Pod Huncwotem” akcja była powolna, to nie wiem, jak ją określić w powieści „Głos” – kolejnej części A.Indridasona z komisarzem Erlendurem. :)
Podobnie jak w częściach poprzednich policjant zmaga się z monotonią życia codziennego, związanego głównie z córką-narkomanką i swoimi obowiązkami w pracy. Do tego stopnia życie zaczyna go męczyć, że na czas śledztwa wprowadza się do hotelu, gdzie popełniona została zbrodnia. Siedzi w zimnym pokoju w okresie świąt, słucha starych płyt dziecięcej gwiazdy, cudownego chłopca, który to właśnie, już jako dorosły mężczyzna i teraz portier, został zamordowany w hotelowej piwnicy. Erlendur rozmawia z pracownikami, myśli, krąży po hotelu… Cała akcja. Jednak nie sposób – jak dla mnie, nie polubić i tego monotonnego kryminału. Od czasów Mankella takie właśnie powieści kryminalne robią na mnie największe wrażenie. Wciągają w mroczny umysł nie tylko przestępcy, ale i śledczych. Okazuje się bowiem, że ich losy są zawiłe i nie należą do grupy szczęśliwych tego świata. Chyba jest to bardzo prawdopodobne…

Moja ocena 5/6

PS Ostatnio rzadziej tu zaglądam i do Was również. Czas jakoś ucieka mi w szybkim tempie, a zmęczona jestem okrutnie… W każdej wolnej chwili staram się mimo to nadrobić zaległości blogowe i poczytać, co u Was. Pozdrawiam mocno.

“Pod Huncwotem” – Martha Grimes

Kompletnie zatonęłam w urokliwych pubach angielskiej prowincji. Małomiasteczkowa mentalność, wścibstwo i masa trupów – to tematyka przewodnia powieści Marthy Grimes zatytułowanej „Pod Huncwotem”. Śledztwo wielokrotnych morderstw prowadzi w niej inspektor Scotland Yardu – Richard Jury oraz jego pomocnik, sierżant-hipochondryk – Wiggins.

Właściwie w tej książce … nic się nie dzieje – większej akcji brak, morderstwa są popełniane jakoś leniwie, w dziwnych okolicznościach. Jury przesłuchuje mieszkańców odwiedzając ich domy lub spotykając się z nimi w pubie. Przy okazji zbiera miejscowe plotki i intrygi. Powoli poznajemy różnych bohaterów i ich losy. Dowiadujemy się, że w ich przeszłości wiele jest zagadek i kryją oni swe tajemnice w tej niewielkiej mieścinie hrabstwa Northampton.

Nic się nie dzieje? Tajemnic jest przecież coraz więcej, intryga wije się i plącze, a bohaterowie wpadają w jej sieci. Inspektor zaczyna kojarzyć wiele faktów zdając się na siłę dedukcji, aby rozwiązać zagadki – bo trochę ich się namnożyło w trakcie rozwoju wydarzeń. Ale wszystkie prowadzą do jednej osoby…

W powieści niezwykle ciekawie zarysowane zostało tło obyczajowe, angielska mentalność i przyzwyczajenia. Jestem akurat na bieżąco, bo kompletnie zakochałam się w serialu „Morderstwa w Midsomer” – bardzo mocno angielskim serialu, o poczynaniach inspektora Barnaby’ego. Trafiłam na niego przypadkiem, ale gdy czytam powieść M.Grimes to mam przed oczami scenerię tego „powolnego” filmu. Chyba ostatnio potrzebowałam czegoś, żeby się wyciszyć – powieść „Pod Huncwotem” idealnie się do tego nadała. Zadziałała na mnie jak balsam…

Będę zbierała kolejne części i czytała o zmaganiach kryminalnych Richarda Jury’ego dając się porwać tym opowieściom o mrocznych tajemnicach małych miasteczek…

Moja ocena 5/6

“Zaginione miasto Z” – David Grann

„Las deszczowy nie jest ogrodem obfitości, wręcz przeciwnie. Jego ciche zacienione sale z bujnego listowia nie są świątynią, ale raczej największym naturalnym polem bitwy na planecie, na którym toczy się nieustająca walka o przetrwanie, angażująca każdego z jej mieszkańców, w każdej minucie każdego dnia”.

Po przeczytaniu książki o dżungli amazońskiej zgadzam się z każdym przytoczonym wyżej słowem. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy jak wielkim potworem jest to miejsce na Ziemi, jak nadal niezdobyte są to tereny i jak bardzo niebezpieczne dla człowieka. I właściwie nie tylko dla człowieka, ale dla wszystkich roślin i zwierząt tam żyjących. Opisy tego świata w książce Davida Granna są wspaniałe i przerażające.

Autor jest dziennikarzem, który dał się porwać historii zaginionego ponad osiemdziesiąt lat temu, podróżnika P.H.Fawcetta. Szalonego poszukiwacza cudownego miasta Eldorado – tzw. Miasta Z. Wielokrotnie Fawcett zapuszczał się do dżungli i szukał wskazówek wierząc w to, że jest coraz bliżej sukcesu. Wielu jego towarzyszy nie wytrzymywało trudów tych wypraw i często umierali podczas podróży.

Fawcett nie mógł znieść myśli, że ktoś może go ubiec i znaleźć Miasto Z przed nim. Zbierając fundusze na kolejną wyprawę sprzedał wszystko, swoją żonę skazał na życie w nędzy, opuścił rodzinę zabierając najstarszego syna i po raz kolejny poddał się szaleństwu. Z tej ostatniej podróży nigdy nie powrócił, a co się z nim stało jest zagadką do dziś.

Niesamowita historia obsesji wokół miejsca, które nawet nie wiadomo czy istniało, ale pewne jest, że przyciągało jak magnes wielu poszukiwaczy. Nazywane później „fałszywym rajem”, gdzie bezwzględność natury jest niewyobrażalna.

„(…) pnącza i drzewa przepychały się, próbując dosięgnąć szczytów koron i wchłonąć każdy promień światła. Pewien gatunek liany, zwany „matadorem” lub „zabójcą”, był esencją tej rywalizacji: owijał się wokół drzewa w niby czułym uścisku, po czym zaczynał je dusić, kradnąc i życie, i jego miejsce w lesie.”

Nigdy nie czytałam takiej niezwykłej historii, przeszłabym koło niej obojętnie – na pewno. Jednak dzięki blogom książkowym odnajduję ciągle coś nowego. O „Zaginionym mieście Z” przeczytałam w „Mieście Książek”, gdzie powieść ta została uznana za książkę roku – dlatego jej poszukałam. Brakło mi karteczek do zaznaczania niesamowitych fragmentów – potrzebowałam takiej podróży – przez niebezpieczną amazońska dżunglę. Warto było… (pomimo moskitów, larw pełzających pod skórą i nietoperzy wampirów… brrrr).

Moja ocena 6/6

“Bielszy odcień śmierci” – Bernard Minier

Pochłonęła mnie książka „Bielszy odcień śmierci” wciągającą fabułą i tym, że akcja pędzi w niej, zagadki się mnożą, a tajemnice skrywa każdy z bohaterów niemalże…

Przeniosłam się na trochę w zimne Pireneje, do pięknego miasteczka Saint- Martin. Pewnego dnia pracownicy elektrowni wodnej dokonują strasznego odkrycia. Ktoś zabił pięknego konia, odciął mu głowę, a następnie powiesił na najwyższej stacji kolejki linowej. Do śledztwa skierowany zostaje komendant Martin Servaz, który przyjeżdża z Tuluzy. Nie trzeba długo czekać, a pojawiają się kolejne morderstwa – tym razem popełnione na ludziach. Są widowiskowe, a ślady prowadzą do wielu miejsc. Między innymi do znajdującego się nieopodal Instytutu Psychiatrycznego Wargniera, w którym przebywają najbardziej bezwzględni mordercy.

Servaz dociera do naprawdę wielu niewyjaśnionych spraw sprzed lat i wpada na trop okrutnych zbrodni – popełnianych już wcześniej, ale nie łączonych z prowadzonym śledztwem. Ogląda stare fotografie, odwiedza zamknięte od dawna pokoje i domki letniskowe. Dociera do niedziałającego już ośrodka kolonijnego, w którym wszystko się zaczęło.

Równocześnie z działaniami komendanta poznajemy krótką historię pewnej pani psycholog, która rozpoczyna pracę w instytucie. Dostrzega dziwne zachowania niektórych pracowników, podejrzane zakupy leków i również łączy kilka faktów. Postać ta niestety wywołała moje zniecierpliwienie. Rozumiem jednak potrzebę pokazywania pewnych sytuacji, które miały miejsce w instytucie – co dokonywało się za jej pośrednictwem. Trochę jakby autor chciał skorzystać z pomysłu pojawienia się kogoś niedoświadczonego w takim miejscu – postaci znanej z „Milczenia owiec” Clarice Starling.  Bohaterka tej powieści odbiega niestety bardzo od mojego osobistego skojarzenia.
Szczególnie jednak interesowało mnie śledztwo Servaza. Tutaj naprawdę wiele się dzieje, a zakończenie również jest – może nie jakoś wyjątkowo zaskakujące – co sensowne i wynikające z całości.

Thriller był wciągający i naprawdę bardzo mi się podobał. Oprócz wielu pozytywnych recenzji czytałam opinie, że książka jest nudna i wolno się rozkręca. Nie zgadzam się z tym, bo akcji w niej nie brakuje. Ciągle się coś dzieje, a Servaz rozszyfrowuje zagadki po mistrzowsku. Małe minusiki – to jak wspomniałam, bezbarwna postać psycholog Diane Berg i zupełnie niepotrzebny epilog, bo idealnie wszystko się zakończyło.

Cytaty z książki, które utkwiły mi w głowie i są trafne nie tylko w świecie tej powieści:

„Są dwa rodzaje ludzi: świnie i reszta. Każdy musi wybrać, po której stronie ma ochotę być. Jeśli pan nie wybiera, znaczy, że jest pan już po stronie tych pierwszych.”

„Wszystko, co się dzieje w tej dolinie, ma swoje korzenie w przeszłości. Jeśli chcesz odkryć prawdę, trzeba będzie podnieść każdy kamień i zobaczyć, co jest pod spodem.”

I mój ulubiony:

„Margot zmusiła go jednak do nabycia komórki po tym, jak któregoś razu przyszedł na spotkanie z nią spóźniony o pół godziny.

tato to ja w sob po polud będziesz wolny? Buziaki

Co to za język – pomyślał. Czy po tym, jak zeszliśmy z drzew , z powrotem na nie wchodzimy?”

Polecam powieść Bernarda Miniera jako wspaniały thriller z doskonałym śledztwem – na nudne wieczory idealna książka. Na pewno będę wypatrywała innych tytułów tego autora, które mam nadzieję, że się pojawią.

Moja ocena 5-/6

“W innym czasie, w innym życiu” – Leif GW Persson (druga część trylogii policyjnej)

Druga część trylogii policyjnej L.G.Perssona to jakby dalsze losy bohaterów poznanych w części pierwszej, ale nie czuć jakiejś szczególnej kontynuacji. Pomimo tego, narrator nawiązuje kilkakrotnie do znanych już czytelnikowi faktów.

Powieść napisana jest tylko z perspektywy policjantów i ich pracy. Nie znamy zupełnie działań innych osób. Cały czas śledzimy przebieg działań związanych z jakąś sprawą lub poznajemy życie prywatne bohaterów, ale raczej w niewielkim stopniu. W tej części policja skupia się na śledztwie zabójstwa dziwnego człowieka, jak się okaże, bardzo nielubianego przez otoczenie – Kjella Erikssona. Poznajemy dokładnie szczegóły śledztwa prowadzonego przez kompletnie nieodpowiedzialnego i beznadziejnego detektywa (znanego doskonale z części pierwszej) Bäckströma.

Na szczęście nad badaniem dowodów i przesłuchiwaniem świadków czuwają też inni policjanci, którzy próbują rozwikłać zagadkę. Udaje się to dopiero po upływie wielu lat, gdy sprawa tkwi na półce „nierozwiązana”.

Całość otoczona jest zupełnie innym wydarzeniem – pewnym napadem terrorystycznym na ambasadę Niemiec. Intryga zatacza więc bardzo szerokie kręgi i dotyczy osób na wysokich stanowiskach.

Podobnie jak poprzednią część, książkę czytało mi się świetnie. Trudno zaliczyć ją do gatunku klasycznego kryminału, trochę w niej bowiem wszystkiego. Napisana jednak przystępnym i wciągającym językiem zabiera czytelnika w świat i rzetelnego policyjnego śledztwa, i również jego brudów.

No to teraz przede mną część trzecia…

Moja ocena 4+/6

Część pierwsza - “Między tęsknotą lata a chłodem zimy”

“Ziemia kłamstw” – Anne B. Ragde

Właśnie skończyłam „Ziemię kłamstw” i nie mogę przestać myśleć o tej właściwie dziwnej, prostej a zarazem skomplikowanej historii – historii pewnej rodziny.

Mamy tutaj trzech braci, którzy nie utrzymują ze sobą żadnych kontaktów, nie widują się i do siebie nie dzwonią. Jeden z nich ma córkę, którą widział raz w życiu, a o jej istnieniu właściwie nie wiedzą jego bracia. Gdy pewnego dnia dowiadują się, że ich matka jest umierająca, jakąś siłą wewnętrzną zmuszają się, aby przybyć do szpitala. Najstarszy z braci, Tor zajmuje się gospodarstwem i to on zawiadomił o zbliżającej się śmierci matki swych braci – Margido, teraz właściciela zakładu pogrzebowego i najmłodszego, Erlenda, który 20 lat temu wyjechał z Norwegii, aby zamieszkać w Danii i rozpocząć życie od nowa. W swym domu rodzinnym nie uzyskał bowiem akceptacji dla odmiennej orientacji i spotkał się z brakiem zrozumienia szczególnie ze strony matki właśnie.

Na miejsce przybywa również Torunn – córka Tora. Jest ona optymistką, kobietą łatwo nawiązującą znajomości, pragnącą w jakimś minimalnym stopniu połączyć tę dziwną rodzinę chociaż na jeden wieczór.

„Wytknięcie nosa z zabieganego miasta było jak wejście w inny świat, w świat spokoju i światła, i nieskończenie długich linii.”

Mroźna Norwegia i małe miasteczko Trondheim stają się miejscem odkrywania tajemnic rodzinnych, które pod koniec powieści zaskoczą bohaterów powieści. Bohaterów, którzy czują się we własnym przecież domu, domu swego dzieciństwa, zagubieni i przerażeni. Dla których więzi rodzinne zostały przerwane dawno temu. Łączyć ich na nowo nie chcą i nie czują takiej potrzeby… Nawet na widok własnej matki nie czują nic. Tylko Tor, który spędził z nią całe życie odczuwa smutek – bo ona zawsze była obok. Ale to matka przecież zniszczyła jego życie, to ona zabroniła mu spotykać się z Cissi, która 37 lat temu była z nim w ciąży.

„Ale Cissi odjechała, z Torrun w brzuchu. I wtedy pozostało już tylko jedno: pracować. Pracować od wczesnego świtu do późnej nocy, pracować aż do mdłości z wysiłku, żeby zapomnieć zapach jej włosów, zapomnieć miękkie, białe jak kreda ramiona i zapomnieć o swoim marzeniu…”

Losy tej rodziny są kompletnie poranione, zniszczone, podeptane… I nie wiem, czy jakiekolwiek relacje da się tam naprawić. Być może okaże się to w części drugiej.

Język powieści jest bardzo prosty, opisy dokładne, oddają szczegóły otoczenia, więc książkę czyta się niezwykle dobrze. Narrator wyraźnie naświetla każdego z bohaterów – poznajemy ich aktualne sytuacje życiowe, sferę materialną i osobistą. Wiemy, czym się zajmują i jakie wiodą życie. I właściwie do swego życia bardzo się przyzwyczaili, a nowa sytuacja jest dla nich ogromnym zaskoczeniem. Jakaś siła pcha ich w to wszystko, co się dzieje właśnie wokół nich, pomimo, iż bardzo się bronią…

Powieść „Ziemia kłamstw” należy do tych książek, które wywołują chwile zadumy nad życiem. Postawiłabym ją na tej samej półce, co powieści M.Axelsson – smutnych, mało optymistycznych, ale prawdziwych na pewno.

Moja ocena 5+/6

“Alienista” – Caleb Carr

„Alienista” jest kryminałem, który wciąga w swój mroczny świat zbrodni XIX – wiecznego Nowego Jorku mocno i odurzająco. Dochodzi tam bowiem do brutalnych morderstw popełnianych na chłopcach-prostytutkach. Zabójstwa są ze sobą powiązane i mają wiele cech wspólnych, których kompletnie nie chcą dostrzec ówcześni policjanci. Szefem walczącym z korupcją nowojorskich stróżów prawa jest Theodor Roosvelt – późniejszy prezydent USA. A walczyć nie jest łatwo, gdyż jak sam mówi:

„Korupcja w Nowym Jorku przypomina mitologiczną bestię, tyle że po odcięciu jednej głowy zamiast siedmiu odrasta ich tysiąc.”

Chcąc zapobiec zbrodniom popełnianym na dzieciach, Roosvelt powołuje „tajny sztab”, w skład którego wchodzi kilku śmiałków – alienista, Laszlo Kreizler, znawca ludzkiego umysłu i jego najczarniejszych zakamarków, John Moore, dziennikarz, panna Sara Howard, zdolna i obiecująca policjantka (niestety w policji pełniąca funkcję sekretarki, jawnie dyskryminowana przez mężczyzn), bracia Isaacsonowie, policjanci, którzy nie boją się wyzwań i wierzą w najnowsze odkrycia kryminalistyki, np. w istnienie czegoś takiego jak niepowtarzalne linie papilarne.

Rozpoczyna się nieoficjalne śledztwo, które prowadzone bardzo drobiazgowo, mimo braku znanego nam tak dobrze nowoczesnego sprzętu, zmierza w kierunku wykrycia sprawcy. „Detektywi” spotykają się w tajnej siedzibie sztabu przy Broadway 808. Swoje spostrzeżenia notują na tablicy zasiadając przy biurkach ustawionych w kręgu. Równocześnie zagłębiają się w wiedzy na temat mrocznych potrzeb zaburzonych umysłów ludzkich studiując książki podsyłane im przez Kreizlera. Oczywiście większość wiedzy i informacji zdobywają wychodząc w teren. Miejsca, które odwiedzają nie są bezpieczne, dlatego ciągle narażają swoje życie. Opisy tych miejsc, brudnych, zapomnianych dzielnic z czynszówkami, których standardy mieszkaniowe nie podlegają żadnym normom sanitarnym, spelunek, burdeli – są niezwykle przekonywujące i działające na wyobraźnię mocno i bez żadnych skrupułów. Zresztą i inne opisy ciemnej strony miasta nie pozostawiają złudzeń. Zło i zepsucie wyłaziło tam z każdej dziury i każdego najmniejszego zakamarka.

„Alienista” jest na pewno kryminałem z wyższej półki, napisanym niezwykle barwnym i bogatym językiem. Podejmującym temat niszczenia własnego życia, życia rodziny, bliskich – a ostatecznie sprowadzenia go do zaspokajania własnych potrzeb w najgorszy ze sposobów. Powieść ukazuje również niezwykły wpływ dzieciństwa i wczesnych lat życia w rodzinie na rozwój i kształtowanie cech, które potem odegrają ogromną rolę w dalszym podejmowaniu decyzji i działań. W ten właśnie sposób bohaterowie tworzą niezwykle dokładny obraz psychologiczny mordercy – idąc śladami jego życia, tego jak był traktowany przez rodziców i co wydarzyło się w jego dzieciństwie, dochodzą do tego, co stworzyło potwora.

Wspaniała powieść. Nie tylko kryminalna, ale przede wszystkim psychologiczna; o początkach tworzenia profili psychologicznych i pierwszym tropieniu po śladach. Bardzo, bardzo mi się podobało.

Moja ocena 6/6

“Syreni śpiew” – Val McDermid

“Syreni śpiew” to kryminał o mrocznym i ciemnym tle, jakim jest ludzka psychika… Psychika kompletnie zaburzona i nieobliczalna.

Od początku powieści coś się dzieje – czytelnik od razu poznaje sytuację, z którą od jakiegoś czasu zmagają się policjanci z Yorkshire dochodzący do ostatecznego wniosku – w ich okolicy w bezwzględny sposób morduje swe ofiary seryjny zabójca. John Brandon, naczelnik wydziału kryminalnego prosi o pomoc w rozszyfrowaniu zagadki morderstw oraz poznaniu motywów działań mordercy, Tony’ego Hilla – psychologa i profilera kryminalistycznego. Jako prawą rękę Tonny otrzymuje do pomocy inspektor śledczą Carol Jordan. Pojawiają się kolejne ciała, wszystkie są mocno okaleczone przez stosowanie wymyślnych tortur.

W książce pojawiają się również monologi zabójcy, który dokładnie przedstawia sposób wyboru ofiary i torturowania jej. Psychopata działa bez skrupułów i jest pewien, że jego perfekcja nigdy nie doprowadzi policji na jakikolwiek ślad. Jednak po odczytaniu artykułu w gazecie, z którego dowiaduje się o Tonnym, wpada w złość i postanawia rozprawić się z jedyną osobą, która może coś więcej o nim powiedzieć.

„Syreni śpiew” jest bardzo dobrym kryminałem, gdzie bohaterem głównym nie jest detektyw, ale psycholog kryminalny i właściwie seryjny morderca – duet, który świetnie spełnia swą rolę. Policjanci w ogóle nie są tutaj jakoś szczególnie wyostrzeni – gdzieś obok próbują składać fragmenty układanki. Niestety, nie wychodzi im to najlepiej.

Tytuł powieści jest doskonały. Nie chcę zdradzać motywów, dla jakich autorka taki wybrała, ale idealnie wpasowuje się w sens całej książki – mrocznej o mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy i … ciała w tym przypadku.

Polecam mocno.

Moja ocena 5/6

“Służące” – Kathryn Stockett

„Służące” to jedna z najlepszych obyczajówek, jakie ostatnio czytałam – to wyjątkowa książka i cieszę się, że trafiła w moje ręce.

Dawniej, gdy moja wrażliwość była na mniejszym poziomie zaczytywałam się w powieściach typu „Chata wuja Toma” czy „Korzenie”. Teraz staram się unikać książek o poniżaniu drugiego człowieka i znęcaniu się nad nim (dlatego nie mogę przebrnąć przez Ketchuma). Jednak od „Służących” nie potrafiłam się oderwać. Autorka, Kathryn Stockett napisała powieść o podziałach rasowych tak, że podczas czytania bolało mnie serce i każdy mięsień.

Bohaterek jest kilka. Są nimi i białe kobiety, wysługujące się służącymi i będące rasistkami z krwi i kości, i czarne, które gotują, sprzątają i wychowują dzieci swych pań. Historię przybliża autorka z perspektywy trzech – Minny, Aibileen i panienki Skeeter – jedynej białej, którą boli zachowanie koleżanek i pragnie zrobić coś, by wyrazić swą niechęć do traktowania ludzi jak niewolników.
Akcja osadzona jest w Missisipi, gdzie segregacja rasowa tkwi na wysokim poziomie. Tam nadal prześladuje się kolorowych, którzy muszą mieć oddzielne sklepy, apteki, biblioteki, szkoły, hotele, szpitale i …toalety. I chociaż w kraju w latach sześćdziesiątych Murzyni zaczynają powoli zabiegać o swoje prawa, w stanie Missisipi czas stoi pod tym względem w miejscu. Do tego ogrom hipokryzji towarzyszący każdemu działaniu pań z dobrych domów, które organizują tzw. bale dobroczynne dla głodujących w Afryce, wywołuje wręcz odruch wymiotny, przekracza bowiem jakiekolwiek granice.

Życie bohaterek pokazane jest w niesamowicie dokładny i zajmujący sposób. Szczególnie ciężko czytało mi się, gdy poznawałam losy Aibileen i jej małej wychowanki, córeczki jednej z kobiet, Elizabeth, która traktowała swoje dziecko jak „chwast”, który zbyt szybko rośnie. Jednocześnie dziewczynka wychowywana przez czarną kobietę, to ją uważała za swoją matkę. Aibileen jednak zawsze odchodziła z pracy, gdy dziecko osiągało około 8 lat. Wtedy bowiem powoli zaczynało już traktować swą nianię jak służącą… Prawda ta była dla bohaterki zbyt bolesna, gdyż ona wszystkie te dzieci zwyczajnie kochała.

Wiele przykładów poniżania pojawia się w tej książce i naprawdę – aż wstyd ją czytać. Jednak wspaniale napisana, nawet z nutą humoru, otwiera oczy na wiele spraw zwykłej historii zwykłych ludzi, bez wydawałoby się wielkich bohaterów czy heroizmu. Historia kobiet, które odważyły się na podjęcie minimalnych może działań, ale równocześnie ogromnie ważnych i przecież bardzo ryzykownych. Właściwie to one były herosami – tamtych czasów i tamtego miejsca.

Polecam mocno – wspaniała lektura, cudowna… zwyczajnie – brak słów.

Moja ocena 6/6

PS Książkę pożyczyła mi koleżanka, ale jestem pewna, że ją sobie kupię… Zaprzyjaźniłam się z dziewczynami i tyle. :) Podczas czytania czułam nawet zapachy potraw Minny…

“Metro 2033″ – Dmitry Glukhovsky

Po nuklearnej zagładzie ziemi, niewielkie grupy ludzi ukrywają się w moskiewskim metrze, tworząc w nim „małe państewka” zamieszkujące poszczególne stacje. Pomiędzy stacjami dochodzi do wymiany różnego rodzaju towarów, ludzie chodzą do pracy, czytają zdobyte z trudem książki i toczą rozmowy o tym jak jest na powierzchni, co zostało z dawnego świata.Na jednej z nich, zwanej WOGN, mieszka Artem, chłopiec, który nie pamięta już prawdziwej Ziemi, który pewnego dnia wyruszy w niebezpieczną podróż zapuszczając się w otchłanie wypełnionego szczurami i duchami umarłych metra. Dotrzeć musi do tzw. Polis, miejsca, gdzie życie jest lepsze i bogatsze. Odnaleźć ma pewnego człowieka – Młynarza – i oddać mu wiadomość.

Pewnego więc dnia Artem, by wypełnić swą misję i przekazać ważną informację, nic nikomu nie mówiąc ucieka z WOGN-u i udaje się mrocznymi tunelami do Polis. Nie jest to przyjemna misja, bo w każdej chwili może zginąć – jeśli nie z rąk zwykłych ludzi ogarniętych szaleństwem idei komunistycznych, to z właściwie niewiadomych i tajemniczych przyczyn… W metrze bowiem zamieszkuje coś dziwnego, coś co nie zostawi nikogo przy życiu…

Wędrówka Artema, przez właściwie czeluście piekła, opisana jest mrocznym, obrazowym językiem. Wyobraźnia czytelnika działa na wysokich obrotach, ciemne korytarze, wilgoć, dziwne zapachy oddane są przez autora w doskonały sposób. Życie na poszczególnych stacjach jest do siebie podobne, ale spotkać na nich można różnych ludzi snujących dziwne historie. Artemowi w jego drodze towarzyszą co jakiś czas ochotnicy chcący mu pomóc w wypełnieniu misji – pojawiają się nagle, ale dzięki nim bohater przesuwa się powoli do przodu.

Po dotarciu do Polis, Artem, jako tzw. wybraniec udaje się z kolejną misją – tym razem na powierzchnię… do Wielkiej Biblioteki, którą zamieszkują bardzo niebezpieczne stwory – bibliotekarze. Stworów to nie koniec, gdyż na ziemi jest ich o wiele więcej, a jak się potem okaże, w podziemiach Kremla znajduje się najgorszy potwór…

Pomysł na powieść jest naprawdę świetny. Opisy są mroczne i oddające w niezwykły sposób zimne korytarze metra. Dziwne stwory, podejrzane postacie zamieszkujące metro i cała masa niebezpiecznych przygód powoduje, że książkę czyta się bez najmniejszego znudzenia i nie sposób się od niej oderwać. Metro wciąga w swe czeluście bez reszty…

Moja ocena 6/6

Książka dołącza do grona powieści wizjonerskich, które wywarły na mnie ogromne wrażenie i o których pewnie nigdy nie zapomnę. Są nimi – doskonała “Droga” C.McCarthy’ego i wspaniała “Samotność Anioła Zagłady” R.J.Szmidta. Książki te ukazują koniec ludzkości dokonany przez tę ludzkość właśnie…